czwartek, 30 grudnia 2010

Rance - Josephine

 
Josephine to zapach z kolekcji 'wielkich Francuzek' marki Rance. Inspiracją dla jego powstania była Józefina [właściwie Marie-Josèphe Rose Tascher de la Pagerie]-żona Napoleona I. Kobieta niezwykle interesująca i kobieca....w negatywnym znaczeniu.

Józefina pochodziła z rodziny szlacheckiej. W młodości została wciągnięta w 'nieszczęśliwy zbieg zdarzeń' i  prawie 'straciła głowę'. Dosłownie. Ocalenie było początkiem nowej, ciekawszej drogi życia młodej kobiety. Otrzymująca dochody z plantacji na Martynice pozwoliła sobie na otworzenie tzw. salonu-gdzie spotykali się wpływowi politycy i wojskowi schyłkowego okresu I Republiki Francuskiej. Prowadziła się dość lekko . Prezentując sobą  wyrafinowanie, szyk i frywolność korzystała z uroków życia. Złą sławę przyniosły jej liczne romanse i zdrady, 'alkoholowe wyskoki' oraz rozrzutność. Mimo zadłużenia kupowała chętnie i dużo - sukni, klejnotów, perfum. Innymi słowy - dobrze stwarzała pozory majętności. 

Mimo że Józefina nie była szczególnie piękna, potrafiła podobno podkreślić swe walory tak, że zauroczenie mężczyzny nie było dla niej trudne. I chyba rzeczywiście całkiem nieźle sobie radziła, bo wkrótce jej ofiarą stał się Napoleon Bonaparte [wtedy zaręczony z inną panią]. Co prawda przyszły cesarz nie był jeszcze bogaty i 'wielki', lecz Józefina zdecydowała się na  romans, który doprowadził do zawarcia ślubu cywilnego z Napoleonem. Ponoć jej wpływom  u Barrasa Bonaparte został wkrótce mianowany głównodowodzącym armii francuskiej wyruszającej na podbój Włoch. 

Złą sławę Józefiny zobrazować może fakt, że Napoleon bał się powiedzieć matce o zawartym małżeństwie. Sam przyznał: " Naprawdę ją kochałem. Nie miałem dla niej szacunku". Letycja została przedstawiona przed faktem dokonanym i musiała zachować choć pozory tego, że synową akceptuje.

Małżeństwo nie zmieniło szczególnie postaci 'muzy' Rance-dalej romansowała, wydawała beztrosko pieniądze i pławiła się w luksusach. A co Napoleon na to? Chyba musiał ją rzeczywiście kochać, bo wybaczał jej kochanków, opłacał olbrzymie rachunki [na sumy takie, do których Józefina bała się mężowi przyznać] i znosił wszelkie wybryki.  Nawet jeśli generał wpadał w gniew, to łzami i zapewnieniami o miłości szybko potrafiła go udobruchać. Zdecydowanie gorzej było z teściową i resztą rodziny Bonaparte-szczerze jej nie nawidzili i usiłowali przekonać Nepoleona do zakończenia związku z naszą bohaterką [jednym z argumentów był fakt, że Józefina nie mogła mieć dzieci]. Bezskutecznie. Choć zaczął ograniczać 'niesforną' małżonkę.Podobno nigdy już nie zaufał jej na tyle, żeby zostawić ją sam na sam z innym mężczyzną. Józefina znajdowała się też pod stałym nadzorem Fouchego. Nadzór nieco ograniczał jej miłosne wybryki, lecz Józefina [stereotypowo-po kobiecemu] odreagowywała na zakupach.
Podobno zamawiała 900 sukien rocznie, podczas gdy królowa Maria Antonina kupowała ok. 170. Józefina kupowała również 1000 par rękawiczek. Bourrienne, któremu Napoleon kazał zbadać stan długów żony, odkrył rachunek na 38 kapeluszy tylko za jeden miesiąc, kolejny na 1800 franków za pióra i 800 za perfumy. Nowe rzeczy Józefina potrafiła chować i ubierać dopiero później, lub mówiła mężowi,że je dostała, albo ma od dawna. I mąż regulował rachunki...

W wigilię 1800 roku roku odbył się nieudany zamach na pierwszego konsula, gdy wraz z rodziną jechał do teatru. Życie zawdzięczał tak naprawdę Józefinie, która zbyt długo się stroiła i pokrzyżowała szyki zamachowcom.

18 marca1804 senat francuski ogłosił dotychczasowego Pierwszego Konsula Republiki Napoleona Bonapartego dziedzicznym cesarzem Francuzów. Od października tegoż roku czyniono przygotowania do koronacji cesarskiej obojga małżonków, którą miał celebrować papież Pius VII, ale na przeszkodzie stał brak ślubu kościelnego pary Bonaparte, a więc Napoleon dopełnił tej ceremonii. Koronacja odbyła się 2 grudnia 1804 w paryskiej katedrze Notre - Dame, przy czym Napoleon własnoręcznie ukoronował i siebie, i Józefinę, która stała się "Jej Cesarską Mością Cesarzową Francuzów". Do ostatniej chwili Bonapartowie próbowali nie dopuścić do koronacji Józefiny. 

Cesarzowa na koronację włożyła białą satynową suknię, wyszywaną w pszczoły, a na wierzch fioletowy aksamitny płaszcz. Pani de Rémusat pisała: "Cesarzowa, mieniąca się od diamentów i włosami uczesanymi w tysiące loków, w stylu z czasów Ludwika XIV, wyglądała najwyżej na 25 lat", "Miała tylko diamentową tiarę, naszyjnik, kolczyki i ogromnej wielkości pas, wszystko to nosiła z wrodzoną elegancją". Pani de Rémusat pisała również: "Kiedy nastał moment, gdy miała przejść od ołtarza do swego tronu, doszło do ostrego spięcia ze szwagierkami, które niosły jej tren tak ospale, iż pomyślałam, że nowa cesarzowa w ogóle nie ruszy z miejsca". Napoleon dostrzegł , co się stało, i wysyczał do nich "kilka ostrych, twardych słów", po których Józefina zdołała zasiąść na tronie. Cesarz był tak rozentuzjazmowany, że nie pozwolił zdjąć Józefinie korony. Upierał się, by nosiła ją podczas kolacji.

Cesarz nadal wielbił żonę, chociaż często się kłócili - wtedy on rozbijał meble, a ona płakała. Życie Józefiny stało się pasmem frywolnych i ekstrawaganckich poczynań.Jednak wszystko było jej w końcu wybaczane.

Józefina nieustannie obawiała się, że jej mąż mógłby mieć dziecko z którąś ze swoich kochanek, mimo iż ciągle powtarzała przyjaciółkom, że cesarz jest bezpłodny. W rezultacie była zawsze strasznie zazdrosna o jego względy. Tym bardziej, że Napoleonowi w końcu udało się ‘zapłodnić’ inną kobietę. Wtedy stało się jasne, że to ona nie mogła wydać potomka. Jej pozycja była zagrożona. Obawiała się porzucenia oraz zostania otrutą przez krąg nienawistnych  krewniaczek męża. I pierwsza z obaw okazała się zasadna- w 1809 roku Napoleon powiadomił Józefinę, że chce rozwodu. Ta urządziła straszliwą scenę z łzami, wrzaskami i rzucaniem się po podłodze. Tym razem jednak decyzja była ostateczna. Cesarzowa  pozostała awanturnicą do końca i postanowiła zdobyć tyle współczucia i pieniędzy, ile zdoła w tej trudnej sytuacji.

Opuściła Tuileries i wycofała się do swej prywatnej posiadłości Rueil-Malmaison pod Paryżem. Zachowała tytuł cesarzowej, swoje liczne zamki, całą biżuterię i roczny dochód w wysokości 3 000 000 franków w złocie. Oprócz tego otrzymała tytuł księżnej Nawarry, wcale nie skromny, biorąc pod uwagę fakt, że Burbonowie tytułowali się "królami Francji i Nawarry". Ponadto dzięki teatralnemu zachowaniu zyskała sobie sympatię publiczną, nie tylko we Francji, ale na całym świecie.

Po abdykacji Napoleona w roku 1814 odwiedzali ją tam wszyscy zwycięscy monarchowie, którzy się spotkali w Paryżu. Pokazując swój ogród carowi Aleksandrowi I, ubrana w zimnym maju tego roku w przewiewną i uwodzicielską letnią suknię, Józefina dostała zapalenia płuc. Już 28 maja poczuła się tak źle, że postanowiła odwołać wizytę cara na obiedzie. Po przyjęciu ostatnich sakramentów od wezwanego pośpiesznie nauczyciela dzieci Hortensji, księdza Bertranda, Józefina zmarła w południe następnego dnia. Przyzwyczajona do nieograniczonych środków finansowych, pozostawiła wielkie długi.


Trzeba przyznać, że życie miała dość burzliwe i  ciekawe. Przedstawiała sobą zarówno ogromny urok, szyb elegancję, jak i najgorsze kobiece cechy. Szczerze powiedziawszy- zapach nazwany jej imieniem wyobrażałabym sobie nieco inaczej, gdyby nie wychodził pod marką Rance [która specjalizuje się w dość eleganckich i subtelnych kompozycjach]. Pewnie byłby bardziej gorący, ognisty i 'ciemniejszy'. Produkt Rance jednak nie jest najgorszy, choć trochę zbyt grzeczny, jak na frywolną [żeby nie napisać 'puszczalską'] cesarzową. 

Otwarcie zapachu stanowią chłodne, eleganckie nuty kwiatowe. Dobrze czuć różę [był to ulubiony kwiat Józefiny], trochę jaśminu, fiołka i hiacynta. Z nutką pudrowej słodyczy. Całość bardzo intensywna.

W rozwinięciu zapach łagodnieje. Nadal główną rolę odgrywają w nim kwiaty. Od razu czuć w nich szlachetność i 'dobry gatunek'. Całość jest elegancka i bardzo kobieca. Świeża, ale słodkawa i odrobinę przypudrowana.

Trzecia faza jest słodsza i cieplejsza. Czuć troszkę mydlane piżmo, ciepłe nuty drzewne i wanilię Bourbon [nie bez powodu przyprawa ta pojawiła się w składzie. Mówi się, że Józefina kontaktowała się z rodziną Bourbonów, z którą Napoleon, delikatnie mówiąc, nie żył najlepiej]. Całość jest ciepła, miękka, delikatna. Kobieca, czysta i niepozbawiona wdzięku.

Josephine to zapach nie w moim typie, niemniej jednak przyznaję ,że ma w sobie elegancję i urok. Poza tym dość ciekawie ewoluuje: pierwsza faza jest zimna, mocno kwiatowa i 'zahaczająca o klasyki', trzecia natomiast-ciepła , pudrowo-waniliowa i miękka. Druga faza stanowi pomost, który jest idealnie wyważony w stosunku do dwóch skrajnych postaci ' Józefiny' .

Badając adekwatność nazwy do zapachu, stwierdziłam, że rzeczywiście można powiązać postać z zapachem. 
Po pierwsze-wśród kwiatów najmocniej wybija się róża, która była ulubionym kwiatem cesarzowej.
Po drugie zmienność kompozycji pasuje do postaw przyjomowanych przez Józefinę. Z jednej strony była kobietą wielce elegancką i potrafiąca się 'zaprezentować' jak dama. Z drugiej była postacią mocno kojarzoną z romansami i miłostkami. Z  'buduarowym' czarem i uwodzeniem . 

Opakowanie- godne cesarzowej :) Śliczny, zaokrąglony flakon z różowym wykończeniem. 

Trwałość- średnia

Gdzie i kiedy pasuje- Josephine to zapach wiosenno-letni. Dzienny, pasujący na wiele okazji

Komu pasuje- zapach damski.

Gdzie można go kupić- w perfumerii Missala. Ceny: 390 pln za 100ml, 280 pln za 50ml. Dostępny również w zestawach- edp 50ml+żel pod prysznic za 300 pln oraz w postaci mydeł [6x100gr] po 215 pln.

Nuty zapachowe:
nuta głowy: róża majowa, głóg, jaśmin, ylang ylang, hiacynt
nuta serca: irys, czarna porzeczka, liście fiołka
nuta bazy: heban, drzewo sandałowe, piżmo, wanilia Bourbon, ambra 

Ilustracje:

1) http://zs1985.cgsociety.org/gallery/836124/

2) http://antiquebizu.pl/epoki-i-style/czytaj/tresc/ochronny-koral.html

3) http://yourownvet.com/?m=201006

4) http://en.wikipedia.org/wiki/John_William_Waterhouse

5) http://thefantasim.deviantart.com/

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Penhaligon's - Amaranthine

Świąteczne obżarstwo i mnogość jadalnych zapachów sprawiły, że zapragnęłam czegoś, co zupełnie z jedzeniem nie będzie mi się kojarzyło. Dlatego dziś 'przeprosiłam' Tuberose Criminalle Lutensa i pachnę  kwiatową morderczynią :) A poza kryminalistką [z szyi i dekoltu], z nadgarstka promieniuje zupełnie nie 'spożywcze' Amaranthine. I właśnie o tych perfumach dziś będzie mowa.


Amaranthine to stosunkowo młody zapach starej marki Penhaligon's. Zapach powstał w 2009 roku. Nazwa bezpośredni nawiązuje do 'amaranth'. Można to interpretować jako nawiązanie do pięknego, głębokiego odcienia czerwieni, lub do kwiatu o podobnym odcieniu. Jako, że perfumy Penhaligon's są wyraźnie kwiatowe, obstawiałabym drugą interpretacje. Sama marka reklamuje zapach jako kompozycję intymną, kwiatowo-orientalną.


I rzeczywiście Penhaligon's w opisie zapachu jest dość uczciwe. Bo powąchawszy, nie da się ukryć, że perfumy niosą  egzotyczną woń roślin [różnych ich części] ;).


Otwarcie  czaruje aromatem mocno kwiatowym. Nuty splatają się w taki sposób,że przed oczami staje mi jeden, wielki, kwiatowy kielich. Dorodny, o niespotykanej urodzie, z dużym, żółtym słupkiem w centrum . Czuć również zapach 'ciemnej zieleni'. W pełni rozwiniętych, skórzastych, grubych liści. To tworzy pełen obraz dziwnego, niespotykanego kwiatu wabiącego słodkawym, miłym zapachem. Pojawia się również nutka niedojrzałego banana :)
W drugiej fazie zapach dalej pozostaje 'wymieszany'. Czuć kwiaty...mieszankę zapachu różnych płatków, które nakładają się na siebie tak, że trudno odróżnić poszczególne gatunki. Tylko słodkie ylang-ylang jest na tyle charakterystyczne, że pozostawia resztę kwiatów anonimowymi. Tylko ono odbija wyraźny ślad w Amaranthie, nadając całości piękną , naturalną słodycz.
 Reszta kwiatów za to ciekawie 'wiruje'. Wąchając nadgarstek raz mocniej wyczuwam jaśmin, raz frezję, potem neroli...i tak w kółko. Amaranthine zdaje się lśnić różnymi, kwiatowymi 'odcieniami' niczym opal w słońcu.


Po pewnym czasie wśród nut da się wyczuć również wanilię i tonkę. Czyli zapach wysładza się jeszcze bardziej. Staje się dość przytulny, ale nie przestaje być kompozycją kwiatową.


Im bardziej zapach się ulatnia, tym mniej kwiatów zostaje na mojej skórze. Coraz wyraźniejsza staje się słodka, otulająca baza utkana z wanilii , piżma i sandałowca. Dalej czuć odrobinę kwiatów, ale już słabiutko.
Amaranthine podoba mi się, ale nie na tyle,żebym zainwestowała w flakon. Przede wszystkim jest na mnie raczej nietrwałe. Wydaje mi się, że zapach kwiatów ulatnia się zbyt szybo, zostawiając na mojej skórze otulającą, ciepło, słodką bazę z niewielką domieszką kwiecia. A przecież nie o to tu chodziło. Penhaligon's ma w swojej ofercie wspaniałe zapachy kwiatowe, które są 'kwiatowe' od początku do końca.  I tego spodziewałam się po Amaranthine.


Opakowanie-  prześliczna karafka ze srebrną kokardką i nazwą nadrukowaną na flakonie [elegancką, misterną czcionką].


Trwałość- kiepska. Trzyma na mnie parę godzin, ale już po 2 godzinach zapach 'wlecze' się blisko skóry.


Gdzie i kiedy pasuje- dobry zapach na wiosnę i lato. Jako zapach dzienny.


Komu pasuje- zapach damski


Gdzie można kupić- w Polsce perfumy dostępne w perfumerii Missala w cenie:
470 pln za 100ml
360 pln za 50ml
7 pln próbka
Za granicą dostępne m.in na stronie producenta i czasami na strawberrynet.


Nuty zapachowe:
nuta głowy: frezja, liść bananowca, kolendra, kardamon
nuta serca: egipski jaśmin, ylang - ylang, goździk, kwiat pomarańczy, goździki, róża 
nuta bazy: piżmo, drzewo sandałowe, herbata, tonka, wanilia, skondensowane mleko



Ilustracje:
1) http://aquq001.deviantart.com/


2) http://delicieux-fraise.deviantart.com/


3) http://chrizzz6.deviantart.com/


4) http://spookymeggie.deviantart.com/

piątek, 24 grudnia 2010

Świąteczne Życzenia

Nie jestem dobra w wymyślaniu kolejnych, świątecznych wierszyków , czy formułek. Nie lubię też wklejać czyiś, zgrabnie uplecionych życzeń. W końcu nie chodzi o zwykłe 'kopiuj-wklej' i 'sprawa załatwiona'. Dlatego z głębi serca, choć trochę niezgrabnie życzę wszystkim wesołych , zdrowych i spokojnych Świąt Bożego Narodzenia.

No i na koniec-powiew klasyki :D

Tous Touch EDT - zapach bieli i złota.



Poproszona zostałam o zrecenzowanie tych perfum. Trochę mi zajęło 'zagłębienie' się w kompozycję, bo to zapach zupełnie nie dla mnie i złożony z nut, które rzadko można na mnie wyczuć ;)
  Nieczęsto zdarza mi się używać perfum eleganckich. Chyba ,że jest to eleganckie dziwadło :) A Tous Touch do zapachów dziwnych, czy kontrowersyjnych nie należy. Odwołuje się do biżuterii marki- złotej, jednocześnie eleganckiej i nieformalnej.

Tous Touch to perfumy eleganckie, zahaczające o kobiece klasyki. Najmocniej czuć szlachetne kwiaty, a owoce zdają się tylko wysładzać aromatyczny bukiet białych płatków. 

Otwarcie zapachu jest mocne, intensywne, kwiatowe. Na razie najmocniej uderzają po nosie nuty lotosu i frezji. Odrobinę świeżości nadaje im zielonkawa konwalia, która tylko wzbogaca woń 'koleżanek'. Sama , w wyraźnej postaci się nie ukazuje. Dość szybko do zestawu dołącza gardenia.


Rozwinięcie rozkwita jaśminem [dzięki Bogu - niefekalnym], osmantusem i gardenią. Tą ostatnią czuć na mnie najmocniej. Rozkwita pełną dojrzałością białych płatków tak mocno, że aż ukazje złote serce. Na mnie to właśnie gardenia jest królową tych perfum.
W tej fazie zapach mocno odwołuje się do klasycznej elegancji. Białe kwiaty są często używane w 'wieczorowych', perfumowych kreacjach. Tu występują w wersji umiarkowanie słodkiej, bardzo intensywnej. Wręcz odurzającej.

W trzeciej fazie zapach niewiele się na mnie zmienia. Staje się mniej intensywny, trochę słodszy, bardziej otulający. Ale dalej główną rolę odgrywają w kompozycji białe kwiaty. 

Jak już pisałam - Tous Touch to zapach  nie dla mnie. Przede wszystkim bardziej pasuje kobietom dojrzalszym, ceniącym sobie klasykę i elegancję. Szukających w perfumach czegoś szalenie, intensywnie kobiecego. Myślę, że zaprzyjaźnić się z nim, mogłyby  panie, które lubią zapach jaśminu i gardenii. Bo te nuty czuć najmocniej i najdłużej.

Opakowanie- elegancki flakon z ciężką, 'ciosaną' zakrętką. Według mnie przywieszka z misiem nie pasuje do zapachu, ani flakonu [ale akceptuję ją, jako że jest to symbol marki ;)]. Flakonik opakowany jest w miękką, przypominającą zamsz sakiewkę [odwołanie do sakiewki na złote monety].

Trwałość- bardzo dobra [zapach wczepia się we mnie 'zębami i pazurami' i trzyma cały dzień]

Gdzie i kiedy pasuje- zapach jest dość elegancki i ciężki. Upojny. Polecam na specjalne okazje. Raczej na wieczór.

Komu pasuje- zapach damski. 

Gdzie kupić- zapach dostępny w perfumeriach Marionnaud oraz w perfumeriach internetowych.

Cena- ok. 151 pln za 30ml i 220pln za 50ml.

Nuty zapachowe:
nuta głowy: frezja, konwalia, lotos
nuta serca: jaśmin, osmanthus, gardenia z Tahiti
nuta bazy: migdały, jagody, maliny, wanilia

Ilustracje:
1) http://sylphielmetallium.deviantart.com/

2) http://stapledslut.deviantart.com/

3 i 4) materiały reklamowe marki

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Nina Ricci - Nina Ricci EDT i trochę gadania o perfumach do pracy :)

 Nina EDT niespecjalnie trafia w moje czułe punkty, ale perfumy oceniam pozytywnie. Mają w sobie niezaprzeczalny urok, ale wydaje mi się, że wycelowane są w zupełnie inną grupę wiekową. To znaczy - nie jest to zapach z kategorii pogardliwie opisywanej 'babcinymi'. O nie! A jednak wydaje mi się, że bardziej docenią go kobiety w pełni dojrzałe [tak powiedzmy 30+], które szukają perfum dobrych na co dzień- i do pracy, i na spotkanie z koleżankami. Takich, które nie będą wkurzały szefa, przyprawiały połowy wrażliwych  'współpracujących' o mdłości, czy koncentrowały uwagi całego otoczenia właśnie na nich. Czyli coś bezpiecznego, ale nie mdłego. Jednocześnie kobiecego, eleganckiego [ale nie za bardzo] i przyjemnego.

Zapach jest owocowo-kwiatowy. Odrobinę słodki, ale nie przesłodzony. Perfumy nie są ulepowate, ni cukrowe. Cała słodycz zdaje się płynąć z dojrzałych, soczystych owoców. 

W pierwszej fazie zapach jest najmocniej owocowy. Czuć jabłka oraz dodające kwaskowatości i ożywiające cytrusy. 
Druga faza jest najładniejsza. Tu właśnie zapach przypomina dojrzałe, czerwone, słodkie jabłka. Takie idealne, błyszczące owoce. Poza nimi czuję dość mocną nutę piwonii, która wspaniale wzbogaca owocowe nuty  i dodaje im wspomnianej 'dojrzałości'. 
Zapach łączy w sobie lekkość, młodzieńczy urok i elegancję. Nie zwraca jakoś szczególnie uwagi, ale niekiedy może to być plus - np. w pracy, gdzie ważne jest ,żeby nie męczyć współpracowników zbyt intensywnymi perfumami. I mimo że Nina Ricci nie jest natarczywa, to jednak jest dość oryginalna i urokliwa. Świeża, optymistyczna, lekka, niewyzywająca. 
Trzecia faza jest bardziej piżmowa, nieco rozmyta, ale nie mydlana. Dalej zapach jest ładny, choć mniej wyrazisty.  

Teraz wypada wyjaśnić, co mam na myśli pisząc ,że perfumy są dla kobiet dojrzałych, ale młodzieńcze :) 
Chodzi o to, że nastolatki i 'świeżo upieczone' kobiety najczęściej szukają czegoś wyróżniającego się. Mniej dbają o opinię otoczenia i więcej im się wybacza. Poza tym nie czują potrzeby 'odmładzania' się. Nawet najbardziej babciny zapach, raczej takiej nastolatce nie doda lat [przynajmniej nie wiele :P].  
Lecz w pewnym wieku trzeba zacząć dbać o to, żeby wydawać się młodszą :) Poza tym bardziej liczy się, żeby perfumy nikomu nie wadziły i mniej w tym zakresie uchodzi na sucho. W doborze perfum oprócz czynników typu :'czy zapach podoba się mi?', 'czy te perfumy spodobają się mojemu ukochanemu/potencjalnemu ukochanemu?', 'czy są trwałe?', 'czy będzie się wyróżniał i nie zagłuszą go  perfumy mojej przyjaciółki' [itd.], pojawiają się nowe kryteria: 'czy nie będzie przeszkadzał koleżankom z sąsiednich biurek?', 'czy pasuje mi?, ' czy spodoba się kontrahentom/klientom'?' [itd]. Trzeba pamiętać ,że zapach jest częścią naszego wizerunku i wywiera wpływ na to, jak ludzie nas postrzegają . Ktoś, kto ma z nami krótki kontakt [klient/ kontrahent] ocenia nas na podstawie całokształtu wizerunku. Także zapachu. Ważna jest tu jeszcze branża, ale o tym może kiedy indziej.

Opakowanie- czerwone, śliczne jabłuszko. Pełne uroku,  nietandetne. [to jeden z moich ulubionych flakonów wśród zapachów mainstream'owych]

Trwałość- średnia

Gdzie i kiedy pasuje- dobry zapach do pracy i na uczelnię. Na sytuację gdy chcemy ładnie pachnieć, a nie 'wpijać się' w nozdrza otoczenia. Bezpieczny i dosyć elegancki [choć niezbyt nadaje się na 'wytworne' przyjęcia] .
Dobry na sezon wiosenno-letni]

Komu pasuje- zapach damski.

Gdzie kupić- w wielu perfumeriach stacjonarnych i internetowych.

Nuty zapachowe:
nuta głowy: cytryna, limonka, Caipirinha[brazylijski koktajl alkoholowy na bazie alkoholu z trzciny cukrowej]
nuta serca: piwonia, zielone jabłko, pralinki
nuta bazy: drzewo jabłoni, piżmo, biały cedr

Ilustracje:
1) nie znam autora

2) http://meirou.deviantart.com/art/Snow-White-143743025?q=boost%3Apopular+snow+white&qo=49

3) nie znam autora :P

4) http://www.floaty.de/

niedziela, 19 grudnia 2010

Serge Lutens - Cuir Mauresque


 Cuir Mauresque to 'mauretańska skóra'. Zapach nawiązuje do arabskiej tradycji nasycania skóry aromatami piżma oraz cytrusów. Czyli:  kolejna kompozycja z akordami skórzanymi w rolach głównych.

Na prawdę nie wiem czemu tak bardzo boję się wszystkiego, co ma 'cuir', 'leather' [itp.] w nazwie. Pewnie to po skórzanych wodach Demeter, które skórę traktują bardzo dosłownie [w sumie taka jest filozofia marki...ale bez przesady :P]. i większość zapachów z tej serii bardziej straszy, niż zachwyca. Tym bardziej dziwne jest, że ostatnio testuję coraz więcej perfum z tą nutą :)

Jako, że perfumy Lutens'a bardzo sobie cenię [i niektóre bardzo lubię], to musiałam 'skosztować' mauretańskiej skóry. Tym bardziej ,że niedawno zapach został wydany w edycji eksportowej i wprowadzony do Douglasów [do niedawna był tylko w formie koszmarnie drogiego 'dzwońca'].

I w sumie nie jestem zawiedziona. Mimo że zapach nie rzucił mnie na kolana, ma w sobie bogactwo, gęstość i urodę, których nie potrafię odmówić większości kompozycji Sheldrake'a.

Otwarcie zapachu jest bardzo intensywne. Alkohol tylko podsycił mocną , szlachetną , skórzaną nutę. Do tego obficie dodane przyprawy kręcą w nosie, a aromat pomarańczy i mandarynek łagodzi ten intensywny bukiet i sprawia ,że czuć ,że to perfumy ,a  nie jakieś skórzane, pikantne dziwadło :)
W tej fazie najmocniej czuję skórę 'podbitą' ambrą, całą masę przypraw [wyraźnie czuć goździki, niewielką ilość sypkiego cynamonu i kminek] oraz cytrusy w wydaniu pomarańczowo-mandarynkowym [czyli słodkawe, niezbyt kwaśne].

W drugiej fazie Cuir Mauresque pięknie się rozwija. Zapach przestaje atakować nozdrza przyprawami, a spod nich wyłania się mirra, gorzkawe kadzidło [nie wędzone, a dymno-aromatyczne] i wysłodzona ambra. Przyprawy nie znikają zupełnie, a tylko nieco cichną. Dalej czuć goździki [w dużych ilościach] i słodkawy cynamon. Kminek, na szczęście gdzieś zaginął...dobrze mu tak. Nie lubię kminku :)
To oblicze mauretańskiej skóry jest dla mnie najbardziej atrakcyjne. Intensywne, słodko-pikantne i ciepłe. Na mężczyźnie zapach brzmiałby elegancko, natomiast na kobiecie bardziej nonszalancko. Kobieta ubrana w ten zapach, kojarzy mi się z niewiastą ubraną elegancko, ale po męsku. Garnitur, biała koszula i niedbale zawiązana aksamitka pod szyją. Do tego zadziorny uśmiech dodający słodyczy.

Cuir Mauresque ginie na mnie powoli, rozwlekle. Zapach wchodzi w trzecią fazę nie zmieniając się zbytnio. Pozostaje ciepły, słodkawy, elegancki. Mieniący się słodyczą złocistej ambry, czarujący kadzidłem i wabiący miękką, szlachetną, brązową skórą.

Tak- arabska skórka od Lutens'a mi się podoba. Perfumy są ciekawe, przyjemne i dość uniwersalne. Tyle, że to nie moja bajka. Lubię je wąchać, chciałabym, żeby używał ich ktoś, z kim często przebywam, ale sama raczej ich nie będę nosiła. Mimo to zachęcam do testowania, bo zapach na prawdę wart jest uwagi.

Opakowanie- perfumy dostępne w formie 'dzwońca' 75ml  oraz flakonu z linii eksportowej 50ml.

Trwałość- bardzo dobra

Gdzie pasuje - zapach dość uniwersalny [szczególnie dla panów]. Do użytku dziennego i wieczorowego. Najładniej brzmi w temperaturach niskich i umiarkowanych :) [jak jest parno, może dusić :)]

Komu pasuje- unisex

Gdzie kupić- w Polsce zapach dostępny w niektórych Douglasach i w Missali. flakon 50ml kosztuje 398 pln.
W formie 'dzwońca' zapach można zamówić na stronie Lutens'a. 120 Euro za flakon 75ml.

Nuty zapachowe:
skóra, ambra, mirra, palony styrax, kadzidło, cynamon, goździki, kminek, skórka mandarynki, neroli, piżmo.

Ilustracje:
1) http://navate.cgsociety.org/gallery/609042/

2) http://dark-spider.cgsociety.org/gallery/919876/

3) http://raipun.deviantart.com/art/The-Eunuch-164564314?q=gallery%3Araipun%2F3017339&qo=13

4) http://gbrush.deviantart.com/art/The-Golden-Tear-149737799?q=gallery%3Agbrush%2F19784711&qo=8

Darmowa wysyłka na stronie Serge'a Lutensa [13-23 grudzień]

W dniach 13-23 grudnia 2010, przy zamówieniach na sumę 79 Euro i więcej wysyłka ze strony Lutens'a-gratis. Przy tej informacji nie ma żadnych zastrzeżeń [np. tylko na terenie Francji], więc do Polski pewnie też wysyłają za darmo ;)

Poza ebayem [okazjonalnie] tylko tam można kupić 'dzwońce' z ekskluzywnej linii Serge'a. Link do strony:

http://www.sergelutens.com

sobota, 18 grudnia 2010

Parfumerie Generale - L'Oiseau de Nuit [Private Collection]



'L'Oiseau de Nuit' oznacza 'Nocny Ptak'. Na początku testów zmieniłabym nazwę nawet na 'ptaszynka'. Malutka, wypinająca dumnie okrągły brzuszek porośnięty świeżym puszkiem. I śledząca każdy ruch zaciekawionym spojrzeniem czarnych oczek. Takie słodkie maleństwo, którego lekkie dziobnięcia bardziej przypominają kłucie wykałaczką, niż 'cios dziobem'. 

Otwarcie zapachu jest słodko-ostre. Ciepłe, dosyć pikantne i zawiesiście słodkie. Ciemne, ale przy tym tak rozkosznie otulające. Kojarzące się z gęstym likierem kawowym [choć kawy w składzie nie ma :)] i rozgrzewającym działaniem takiegoż napoju. To jest właśnie ta rozkoszna, nocna ptaszyna o ostrym ,lecz niegroźnym dzióbku. Mały lelek z łaskoczącym wąsikiem :)

Rozwinięcie zapachu staje się na mnie  kadzidlano-karmelowe. Zapach pozostaje słodki, gęsty i bogaty, ale traci część lepkości [i 'ulepowatości' :P]. Teraz to wyjątkowo przyjemny słodziak, skąpany w kadzidlanym dymku, wykończony labdanum o zupełnie innym brzmieniu niż w klasykach Donny Karan [mam tu na myśli Black Cashmere i Labdanum z serii Essences].
W tej fazie pojawia się również skóra. Podobno L'Oiseau de Nuit miało być [kolejnym] hołdem Parfumerie Generale złożonym akordowi skórzanemu. I podobnie jak w Cuir Venenum, skóra stanowi tylko surowe tło dla słodkiej, pięknej 'reszty'. Równoważy, dodaje ostrości i charakteru. Dzięki niej zapach nie jest słodkim, wykrzywiającym usta ulepem, jadalnym smakołykiem, ani uroczą 'ptaszynką'. Dzięki skórze zapach 'dojrzewa'. Gubi puszek i zaczyna budzić podziw, zamiast rozczulać.
Poza tym dodatek skóry sprawił, że zapach nadaje się zarówno dla kobiet, jak i dla mężczyzn. I mimo 'niezadeklarowanej' płci, perfumy mają charakter, który podkreśli i męskie, i kobiece 'wdzięki' :)

W trzeciej fazie zapach układa się na mnie różnie. Czasami pozostaje w nim karmelowa słodycz, a czasami prawie zupełnie jej nie ma...i wtedy kiedy jest jej mniej, L'Oiseau de Nuit najbardziej mi się podoba. Klimatem przypomina mi zapach 'Markiz de Sade marki Histoires de Parfums. Staje się złowrogim krukiem z powieści Edgara Allana Poe. Jednocześnie pięknym i budzącym niepokój. Czarującym niezwykłym kadzidłem, drażniący nutą skórzaną. 
I w tym wszystkim wyczuwam coś 'brudnego'. Omszałego. A mimo to pięknego. Intrygującego.

Powiem szczerze, że na razie jestem 'Czarnym Ptakiem' zauroczona. Niestety, w atomizerku pozostało tylko parę kropli i coś czuję, że skuszę się na zakup L'Oiseau de Nuit. Co prawda wolałabym jeszcze trochę 'potestować' zapach, żeby upewnić się,że to nie przelotna miłostka, ale chyba nie wytrzymam długo bez [przynajmniej] odlewki :) 

 L'Oiseau de Nuit ma to, czego w perfumach szukam- niejednoznaczny charakter, dynamikę rozwoju, zmienność, niepokój, klimat, przyzwoitą trwałość. I duszę.
Duszą perfum jest ich indywidualny charakter . To, że nie są 'po prostu ładne', przyjemne i miłe. Są oryginalne, zwracają uwagę. Czasami kapryszą, różnie się układają, oddziałują z chemią skóry. Polemizują z osobą, która je nosi.

Opakowanie- prosty, klasyczny flakon. Trochę mało 'klimatyczny' dla takiego zapachu, ale przyzwoity :P

Trwałość- bardzo dobra. Zapach utrzymuje się na mnie cały dzień.

Gdzie i kiedy pasuje- najlepiej nadaje się na sezon jesienno-zimowy. Jako zapach wieczorowy, lub dzienny. W upały może trochę mdlić :)

Komu pasuje- unisex. Dzięki skórze zapach, mimo że jest słodki, nie jest niemęski. 

Nuty zapachowe: 
czystek, likier davany [Artemisia pallens], benzoin, skóra

Ilustracje:
1) http://heise.deviantart.com/gallery/?offset=0
2) http://sketchprinterdemon.deviantart.com/art/Owlet-Nightjar-145040826?q=boost%3Apopular+nightjar&qo=13
3) http://heise.deviantart.com/gallery/?offset=0
4) http://nairafee.deviantart.com/art/The-Crow-163348388?q=boost%3Apopular+crow&qo=34
5) http://heise.deviantart.com/gallery/?offset=0

środa, 15 grudnia 2010

L'Artisan Parfumeur -Passage d’Enfer


czyli Piekło w wersji 'Light'.

'Wrota Piegieł'. Piękna nazwa. Jakże sugestywna. Chwytliwa. Obiecująca. Przywodząca na myśl mistyczne przejście między naszym, ludzkim światem i tym nieznanym. Gorącym, okrutnym miejscem, gdzie odgłosy bulgotania kotłów zagłuszają jęki i skowyt potępieńców. 
Właśnie! Z tymi kotłami to już przestarzała wizja. Tradycyjne piekło upada w wyobraźni ludzkiej i diabły chyba musiały się zając inną profesją. Z nudów niektóre wymyły kotły i zajęły się pędzeniem naparów o wątpliwych właściwościach. Inne, te jeszcze bardziej znudzone, grzebią się w żyznej, piekielnej ziemi i pielęgnują ogródki...bo inaczej nie jestem w stanie wytłumaczyć tej zmiany w piekielnych 'klimatach'...

Passage d’Enfer miało być kadzidlane. Powiązane z piekielnymi czeluściami, dymem itp. I kadzidło jest. Ale w wersji wyjątkowo ugłaskanej, mało ognistej i na pewno nie 'buchającej'. 

Otwarcie zapachu sprawiło, że zadałam sobie pytanie 'czy to piekło zielarza?'. Takie miejsce dla wąskiej grupy skazańców, którzy będą w stanie zrozumieć specyfikę takich właśnie tortur. Nie wiem. Może chodzi o bezczeszczenie leczniczych naparów, albo deptanie jakiś wyjątkowo cennych ziół szatańskimi racicami? Bo w otwarciu czuję głównie jakieś zielsko zalane alkoholem. Potem trochę nut drzewnych i palone badylki. Nic specjalnego. Bez czaru, energii, dynamiki.

Rozwinięcie zmienia mojego zielarza w umartwionego ogrodnika. Bo znów diabelskie tortury przechodzą na grunt nieco dziwny. Żadnego gorąca, mroku, ni cierpienia. Zapach staje się bardziej kwiatowy. Na mojej skórze dominuje róża i [nawet ładne] nuty drzewne. Głównie, wilgotny jeszcze, cedr. Na szczęście kadzidło zaczyna wznosić się białą strugą i bardziej przypomina 'święty dym', niż zapach wypalanych chwastów. 

Po czasie pojawia się również zapach lilii i Passage d’Enfer staje się dość ładnym zapachem kwiatowo-kadzidlanym. Moje skojarzenia bardziej wędrują w stronę jakiś 'sympatycznych',wiosennych obrządków, niż diabelskich rytuałów, ale i tak nie jest źle. Tyle, że nie tak jak miało być.
Teraz perfumy są kobiece, subtelne, ale 'obciążone' dymnym, nieco ziołowym kadzidłem. 
Trzecia faza, niestety sprawia ,że Passage d’Enfer oceniam jako 'mierne'. I nie chodzi tu nawet o brak zgodności między moimi oczekiwaniami, a rzeczywistym brzmieniem zapachu. Po prostu aromat jest tak mało intensywny, że prawie go na mnie nie czuć. A z tego, co na mojej skórze pozostaje, najmocniej czuć nuty kadzidlano-drzewne. Raczej pospolite i 'szablonowe'. Zmiękczone piżmem. Do tego, ostatnimi siłami trwa na mnie zapach kwiatów i wychodzi 'okadzone', kwiatowe mydełko.

Passage d’Enfer zawiodło mnie. Przede wszystkim razi mnie 'bliskoskórność' zapachu. Nawet, całkiem ładna, druga faza jest wyczuwalna dopiero z  bliska. Do tego dochodzi niewielka trwałość. Za taką cenę chcę pachnieć [a niech już obniżę standardy] co najmniej pół dnia. Tymczasem zapach trzyma się na mnie ze 3 godziny. 

Opakowanie- charakterystyczne dla marki.

Trwałość- słaba. Zapach utrzymuje się na mojej skórze ze 3 godziny.

Gdzie pasuje - na wiosnę, lato i wczesną jesień jako zapach dzienny.

Komu pasują- unisex. Bardziej damski [róże, lilie...], niż męski

Nuty zapachowe:
Nuty głowy: róża, imbir
Nuty serca: kadzidło, biała lilia, drzewo cedrowe, kora aloesowe
Nuty bazy : benzoes, sandałowiec, nuty piżmowe 

Ilustracje:

1) http://zatransis.deviantart.com/art/Nervous-Business-Demon-167762063?q=boost%3Apopular+funny+demon&qo=15

2) http://www.tatoomcity.net/

3) http://www.creativedust.com/gallery.html

4) http://www.philipharland.com/Blog/category/history-of-christianity/history-of-satan/

wtorek, 14 grudnia 2010

M. Micallef - Night Aoud


Night Aoud jest jedną z moich ulubionych odsłon Aoud. Chyba nawet tą 'naj', bo żadne inne perfumy z tą specyficzną nutą nie goszczą na mojej skórze tak często, jak  'nocne' Aoud Micellaf'a.

Otwarcie zapachu jest nieludzkie. Zimne, niecielesne, martwe. Sterylnie czyste i ostre jak lodowa tafla wyrąbana wprost z lodowca. I tak zimne, że prędzej swych chłodem pochłonie ludzką skórę, niż samo roztopi się od jej ciepła.
A w tym całym groźnym chłodzie pojawia się nutka pudrowej słodyczy. Równie nierealna, senna jak reszta 'aury' Night Aoud i przez to piękna w niezwykły, 'obcy' sposób.

Ciekawy efekt w otwarciu zapachu uzyskano przez zmieszanie rześkich nut cytrusowych, pięknego oud i stopniowo uwalniającej się wanilii oraz ylang-ylang.
Wiele osób zarzuca 'preludium' Night Aoud 'zalatywanie' szpitalem. Coś w tym jest. Rzeczywiście, pojawia się wrażenie totalnej sterylności. Takiej jakby wszystkie bakterie zostały wymrożone np. ciekłym azotem i dobite cytrusowym, żrącym detergentem. :) Wydaje mi się, ze to przez cytrusy [często 'goszczące' w środkach czyszczących], które tym razem pojawiły się w niecodziennym otoczeniu. I rzeczywiście ''brzmią' trochę dziwnie. Ale jak dla mnie pięknie w ekscentryczny, dziwaczny sposób.

Rozwinięcie zapachu jest już mniej 'dziwne'. Mocniej czuć ylang-ylang i ma się wrażenie obecności silnej, kwiatowej nuty oraz lekkiej, pudrowej słodyczy. I  przeszywającego, wspaniałego chłodu. Mroźnego wiatru, który usztywnia płatki kwiatów, zdobi skórę lśniącym szronem i przeszywa ciało dreszczem. 

Całość upleciona jest w tak zgrabny sposób,że ciężko powiedzieć, czy pierwsze skrzypce gra tu słodkawe ylang-ylang, gładkie nuty drzewne , czy pudrowa słodycz wanilii. Wszystkie nuty tworzą idealną całość, niczego, nie ma za dużo, niczego nie brakuje.

Trzecia faza upływa na mnie pod znakiem pudrowo-waniliowej słodyczy na drzewnym tle.

Night Aoud jest wspaniałym zapachem. Jednocześnie surowym, przeszywającym, mroźnym, ale również kobiecym i subtelnym. To Królowa Śniegu głaszcząca Kaya, bo oszronionej główce. Chłodna piękność o spojrzeniu mrożącym krew w żyłach. Odsłaniająca prowokacyjnie gładką, bladą skórę wiedząc, że nikt nie będzie miał odwagi jej dotknąć.

Poza tym Night Aoud jest jednym z tych zapachów, które zwracają na siebie uwagę, a przy tym nie są tak natarczywe i narzucające jak Avignon, czy Musc Ravageur [moi inni ulubieńcy :P]. Perfumy M.Micallef łączą w sobie zalety zapachu przekłuwającego uwagę, niecodziennego i mocnego z kobiecą subtelnością i eterycznością. 

Opakowanie - mój ulubiony flakon od M.Micallef. Jeden z  tych pięknych, biżuteryjnych, owalnych. Do tego jasny błękit pasuje do zapachu.

Trwałość - bardzo dobra

Gdzie pasuje - ja noszę Night Aoud właściwie przez cały rok. Pasuje na wiosenne i letnie wieczory oraz jesienne i zimowe dni [choć przy 'porządnych' mrozach zapach raczej ginie]


Komu pasuje- zapach damski.

Nuty zapachowe:
cytrusy, ylang-ylang, gałka muszkatołowa, wanilia, oud, drzewo sandałowe, paczula, cedr, ambra, labdanum

Ilustracje:
1) http://dianae.deviantart.com/art/Pan-and-Selene-65130116?q=gallery%3Adianae%2F42452&qo=24 [fragment]


2) http://eskarina.cgsociety.org/gallery/909790/


3) http://miyagu.cgsociety.org/gallery/552826/


4) http://digi-mech.deviantart.com/art/fate-in-a-white-dress-100712271?qj=1&q=boost%3Apopular+white+witch&qo=290