wtorek, 30 listopada 2010

Nowe 'smaki' żeli pod prysznic do mycia ciała i włosów Kings&Queens.

Marka Korres wpuszcza na rynek dwa nowe kosmetyki z serii Kings&Queens - żele do mycia ciała i włosów:


Słutan Mandru z dominującą nutą kardamonu:
Kardamon uważany jest za Królową Przypraw. To jeden z najbardziej znaczących składników w przepisach na potrawy, lekarstwa i afrodyzjaki zawartych w książce ekscentrycznego Sułtana Mandu, wydanej pod koniec XV wieku.
Cena: 32,90zł


Chiński Ambasador. O zapachu gruszki.
5000 lat p.n.e Chiński Ambasador oddał swoją władzę królewską aby poświęcić się uprawie ukochanego owocu. Tak silna była jego pasja do gruszek. Chińska odmiana gruszek Pyrus Communis jest przodkiem większości uprawianych dziś gatunków tego owocu.
Cena: 32,90zł

Produktów można szukać w perfumeriach Douglas. Na razie nie testowałam żadnego z tych żeli, ale Kardamon na zimowe kąpiele jest kuszący :P

1 grudnia 2010r. - dzień darmowej dostawy w Polsce

Całkiem sporo internetowych sklepów bierze udział w akcji 'darmowej dostawy'. 1 grudnia 2010 roku wszyscy internetowi sprzedawcy biorący udział w akcji zaoferują swoim klientom całkowicie darmową dostawę zamówień, niezależnie od ich wartości, sposobu płatności czy metody wysyłki.
Listę sklepów biorących w niej udział znajdziecie tu:
http://www.dziendarmowejdostawy.pl/

Udział bierze również kilka perfumerii i drogerii. Jednak jako, że sama z nich perfum nie zmawiałam, nie będę ręczyć za ich usługi.  Za to widziałam parę sklepów oferujących 'różne, ładne rzeczy' [buty, gadżety, 'pierdółki' na prezenty :P].

Wydaje mi się, że akcja ma na celu m.in promocję mało znanych sklepów, które starają się dostać na drapieżny, internetowy rynek, więc niektóre oferują fajne promocje i przyzwoite ceny ;)

sobota, 27 listopada 2010

Parfumerie Generale - Harmatan Noir


Według oficjalnego opisu zapach nazwano na cześć wiatru Harmattan, suchego, kurzowego wichru pustynnego. Czyli to kolejny wietrzny zapach i następny ciepły wicher po Chergui.

Harmatan rozpoczyna się wręcz tragicznie. Zapachem alkoholu i słonej, surowej skóry, startych na zeschły pył ziół, cytrusowym kwasem i odrobiną drewna...dramat po prostu. Rzeczywiście wietrzysko strasznie nieprzyjemne. Do tego wydaje mi się, że wśród ziół czuję pokrzywę. A herbatka z pokrzyw... no... powiedzmy,że nie jest moim ulubionym trunkiem :D

Po chwili niby jest lepiej. To znaczy-zapach przestaje męczyć, ale i tak mi się nie podoba. Czuję napar z pokrzywy, niezidentyfikowane suszone zielsko ze słonym posmakiem,  odrobinę jaśminu, drewno i niedojrzałą marchew. Ze względu na dorodną, soczystą karotkę nie mogłam zaprzyjaźnić się z Zagorskiem. A co dopiero mam powiedzieć na zieloną, gorzką w smaku końcówkę zapiaszczonego korzenia?!
Na szczęście marchewkowy posmak pojawia się i znika, więc są takie chwile, kiedy wącham nadgarstek i nie krzywię się. Wtedy czuję suszone drewno, północny chłód cedru, zeschłą szałwię i ciągle tą pokrzywę. A wszystko zakonserwowane słonym, morskim powietrzem.

Trzecia faza rodzi trochę słodyczy, ale pozostaje chłodna.W sumie to dziwne- zapach nazwano imieniem gorącego, pustynnego wiatru, a perfumy na mojej skórze są przerażająco zimne. Poza słodką nutką nie wyczuwam tu nic rozgrzewającego, kojarzącego się z Harmattanem. Czuję raczej białą pustynię , gdzie z pod śniegu wyglądają zeschnięte, zmarznięte, ostre łodygi, a ciemne, nagie drzewa straszą powyginanymi, suchymi konarami i łuszczącą się płatami, szorstką korą.

Od tych perfum oczekiwałam wiele- gorąca i pylistości pustynnej burzy, mroczków przed oczami, egipskich ciemności. A jedynym skojarzeniem z 'noir' jakie tu odnajduję, to mikstura starej trucicielki uwarzona z pokrzyw, szałwii, i [być może] wilczej jagody. A dla niepoznaki w tym całym zielono-brunatnym szlamie pływa niedogotowana marchew. Tak dla niepoznaki, że to niby zupka szczawiowa :)
Dopiero trzecia faza pokazuje mi łaskawsze oblicze. Suche, trochę herbaciane, słodkie i chłodne.Znacznie łagodniejsze i przyjemniejsze. Ale nawet ta najładniejsza faza nie jest dla mnie szczególnie atrakcyjna.

Opakowanie- flakon charakterystyczny dla marki z dużą 'jedenastką' w centrum. Prosty i schludny, ale zupełnie nieciekawy :)

Trwałość -  dobra

Gdzie pasuje- na wiosnę i lato [+ ew. jesień] jako zapach dzienny

Komu pasuje - unisex chylący się bardziej ku męskiemu pierwiastkowi.
Nuty zapachowe:
aromatyczne suszone drewno, suszone kwiaty, zioła, cedr, suszony jaśmin, cytrusy, mięta

Ilustracje:
1) http://dianae.deviantart.com/gallery/

2) http://lilifilane.deviantart.com/gallery/

3) http://ur1crazedupfruitloop.deviantart.com/gallery/

piątek, 26 listopada 2010

Rance - Eau Empire 1798






Jeżeli pierwowzór powstał w 1798 r., to perfumy raczej można nazwać klasykiem. Zapach 'odnowiono' w 2002r. i nie wiem na czym owo odmłodzenie  polegało. Ale biorąc pod uwagę powiew dawnej, subtelnej klasyki, który bije z Wody Imperialnej sądzę, że bardzo zapachu nie zmieniono.

Rozpoczęcie jest mocne, kolońskie, ale słodkawe. Kobiece i takie...francuskie :) Od początku da się  poczuć luksus i elegancję, ale noszoną nieco nonszalancko. Tak jakby nosić niechlujnie zawiązaną aksamitkę, albo prowokacyjnie niedopiętą koszulę z żabotem. I nadrabiać zawadiackim, radosnym uśmiechem.
W tej fazie najmocniej czuć cytrusy [szczególnie grapefruita z bergamotką] i kwiaty magnolii.

Druga faza rozkwita zalotną kobiecością. Cytrusy dalej są wyczuwalne, lecz teraz nadają zapachowi wigoru i rześkości. Główną rolę odgrywają kwiaty i ciepłe nuty drzewne. Najmocniej czuć magnolie, sandałowiec i miękkie [na razie  nie mydlane] piżmo. Poza tym zapach zdobią konwalie, ale mało zielone i zlewające się z magnoliami. 
W tej fazie zapach jest elegancki i kobiecy. Złoty i skrzący. Elegancki naturalnie i bezwiednie. 


Trzecia faza, niestety jest słabsza niż pozostałe. Piżmo robi się coraz bardziej mydlane i według mnie odbiera perfumom sporo uroku. Mimo to zapach pozostaje elegancki i 'czysty'. Drugi z epitetów z czasem trwania zapachu ciągle się uwypukla, ponieważ 'im dalej w las' , tym bardziej zapach zaczyna przypominać luksusowe, oryginalne mydło ;)

Eau Empire ma w sobie charakterystyczny dla marki Rance powiew elegancji. Ten ponadczasowy urok zwiewnych sukni, miękkich tkanin, misternych koronek i pięknego uśmiechu. 
I dwie pierwsze fazy sprawiają ,że na mojej twarzy pojawia się uśmiech. I może nawet wahałabym się , czy nie zdobyć większej ilości zapachu [na wiosnę ], gdyby nie piżmowa trzecia faza. Niestety jest zupełnie nie w moim typie.

Opakowanie- eleganckie, trochę staroświeckie...nie podoba mi się :P

Trwałość- dobra

Gdzie pasuje- zapach dzienny. Dobry na wiosnę, lato i jesień. Dość elegancki i kobiecy, dlatego nadaje się na większość okazji.

Komu pasuje- zapach damski

Nuty zapachowe:
nuta głowy: zielona herbata, grapefruit, bergamotka, magnolia
nuta serca: geranium, konwalia, galbanum, gałka muszkatołowa
nuta bazy: drzewo sandałowe, piżmo, piżmo grenlandzkie

Ilustracje:
1) http://www.creativedust.com/galleryfull.html#id=CG&num=1

2) http://milyknight.deviantart.com/gallery/

3) nie znam autora

poniedziałek, 22 listopada 2010

Penhaligon's - Malabah


Z czym kojarzy się nazwa 'Malabah'? Powiem szczerze ,że mi skojarzyła się zupełnie nie 'indyjsko'. Nie wiem skąd przyplątały się skojarzenia z demonami :D Pewnie przez jakąś dziwną krzyżówkę imion Molocha z Belialem. Zresztą 'Malabah' brzmi jak dobre imię dla srogiej bestii :>

Nuty zapachowe sprawdziłam dopiero po pierwszych testach [dziękuję pięknie pewnej miłej 'Wizażance' za próbkę ;)] i doszłam do wniosku,że zapach z demonami czy ogniem piekielnym nie ma nic wspólnego :P

Otwarcie pachnie mocno cytrusowo. Ja czuję przede wszystkim pomarańcze z dużą ilością rozgrzewających przypraw. Do tego odrobina cytryny i leciutki ziołowy posmak.

Z nieokreślonej grupy 'przyprawy' dość szybo zaczynają wybijać się konkretne 'jednostki'. Najmocniej czuję piękny imbir, który doskonale pasuje do pomarańczy. Poza nim pojawia się również posmak gałki muszkatołowej i -coraz bardziej wyczuwalna- nuta kardamonu.

Druga faza objawia się na mnie ładną, dość swobodną i niezobowiązującą różą. Dzięki dodatkowi pomarańczy kompozycja pozostaje wesoła. Nie ma w niej dumy i wzniosłości 'królowej kwiatów'. Zapach dalej jest żywy, gorący i 'luźny', ale dzięki kwiatom - róży i [mniej wyczuwalnym] pudrowemu irysowi oraz jaśminowi - zapach stał się zdecydowanie bardziej kobiecy.

W trzeciej fazie, niestety ulatają się chmury  przypraw [szkoda, bo imbir i kardamon były dla mnie najmocniejszymi punktami tej kompozycji]. Soczystą pomarańcz zastępuje ambra i dzięki niej zapach nabiera słodyczy i utrzymuje ciepło. Miękkości dodaje piżmo, a drewno sandałowe budzi skojarzenia z Indiami.  Zapach staje się bardziej 'sentymentalny' i rozmarzony, niż gorący i radosny.

Ogólnie- Malabah mi się podoba, ale jest nie w moim typie. Jak już pisałam, po nazwie spodziewałam się czegoś innego i byłam nieco zawiedziona, że nie dostałam np. gorących oparów kadzidła :)

Opakowanie- karafkowy flakonik z bordową kokardką. Ogólnie ładny, ale Penhaligon's ma ładniejsze :P

Trwałość- dobra.

Gdzie pasuje- perfumy nadają się właściwie na każdą porę roku. Zimą i jesienią jako zapach dzienny, natomiast wiosną i latem sprawdzą się wieczorami

Komu pasuje-zapach damski.

Nuty głowy: cytryna, pomarańcza, kolendra
Nuty serca: imbir, kardanom, róża, fiołek, irys, jaśmin, gałka muszkatołowa
Nuty bazy: słód, ambra, piżmo,drzewo sandałowe

Ilustracje:
1) nie znam autora

2) http://lappisch.deviantart.com/

3) http://blog.sina.com.cn/u/1254413524

sobota, 20 listopada 2010

Reminiscence - Sol La




Sol La jest jak energetyczny napój- tyle,że bez kofeiny i tauryny [no i bez tego specyficznego zapachu :)]. Tak jak nie lubię kompozycji cytrusowych, tak tą część 'olfaktorycznej gamy' muszę pochwalić. Kompozycja jest wyjątkowo dynamiczna i zmienna. Niby każda faza jest cytrusowa, a jednak każda ma inny charakter.

Pierwsza faza pachnie odświeżająco- limonką z lodem, odrobiną eukaliptusa i jodłowym igliwiem. Całość jest bardzo świeża, chłodna i pobudzająca. Kropla tego miksu, po porannym prysznicu na pewno przegoni resztki snu z powiek.
Co do nut zapachowych-dobrze się mieszają . Bez dumania czuję cytrynę [w ogromnych ilościach], eukaliptus, grejpfrut i jodłę. Mniej wyraźnie [czyli jak zaczynam się wwąchiwać] odznaczają się bergamotka i lawenda. Pozostałe nuty giną wśród powyższych.

Potem zapach staje się nieco słodszy. Bardziej przypominający lemoniadę. Musującą. Pełną łaskoczących bąbelków. Przez zbyt dużą ilość cytryny, wykrzywiającą usta :)

I wtedy nadchodzi druga faza. Słodsza, ale dalej kwaskowa. Powiem/napiszę szczerze, że dla mnie cytrusy i ylang ylang komponują się dziwnie, ale i tak mi się podoba . Całość kojarzy mi się z szampanem. Schłodzonym, musującym. Bez truskawek :) Ujawnia się również odrobinka pieprzu, który tylko wierci w nosie  [nie nadaje pikanterii czy goryczy].

Druga faza przemienia 'żywe srebro'- chłopczycę w przykrótkiej bluzce- w kobietę. Powycierane jeansy przekształca w spódniczkę. Przyciasny, za krótki top zamienia na obcisły powabny gorsecik. Lecz mimo zmian w ubiorze, na twarzy pozostaje ten sam, figlarny uśmieszek i żywe iskierki w oczach.

Trzecia faza łagodnieje. Pojawiają się leniwe nutki wanilii , z trochę dziwnym zapachem gruszki. Z poprzednich faz pozostaje ylang ylang , odrobina cytrusów i igliwia, które cały czas dbają o świeżość kompozycji.
Zapach staje się nieco cichszy, ale bardziej zmysłowy.

Sol La to świetne perfumy dla wielbicielek cytrusów. W jednym zapachu mamy je w różnych wydaniach. Ubolewam jedynie nad trwałością zapachu...tzn. trwałość nie jest zła [szczególnie jak na zapach świeży, cytrusowy], ale gdyby Sol La utrzymywało się tak z 12 godzin, to byłoby świetne przy rozłożeniu jego trwania na dobę :) Z rana 'cytrusowy kop', w pracy/szkole wesoły  koktajl, a na wieczór odrobina zmysłowej słodyczy. Ale chyba przesadzam z tymi wymaganiami :)

Opakowanie- ładny [ choć trochę przesłodzony] falkon w pasującej [żółtej] kolorystyce.

Trwałość- jak na świeżaka - dobra. Trwa tak z 6 godzin

Gdzie pasuje- zapach świetny na ciepłe i gorące dni [pasuje na wiosnę i lato]. Zapach dzienny.

Komu pasuje- jako, że to niszowiec, pewnie określany jest jako 'unisex'. Ale wydaje mi się, że zapach jest bardziej odpowiedni dla kobiet [od pojawienia się ylang ylang]

Nuty zapachowe:
nuta głowy: cytryna, bergamotka, lawenda, rozmaryn, jodła, mandarynka, grejpfrut, eukaliptus
nuta serca: ylang ylang, różowy pieprz
nuta bazy: wanilia, gruszka, paczula

Ilustracje:

1) http://looooo.deviantart.com/gallery/

2) http://www.raycaesar.com/

3) http://zs1985.cgsociety.org/gallery/

4) http://www.floaty.de/

czwartek, 18 listopada 2010

Demeter - Linden

Lipy mam tylko próbkę. I tylko tyle początkowo chciałam. Pomyślałam 'cóż ciekawego może być w Linden? Pewnie będzie zieleń i kwiatki'. Do tego bałam się brać większych ilości zapachów Demeter ze względu na trwałość...i ostatecznie żałowałam, że wzięłam tylko tyle. Gdybym wzięła więcej , pewnie towarzyszyłaby mi w co cieplejsze jesienne dni.

Otwarcie zapachu jest przepięknie lipowe [pomijając pierwszy 'niuch' uderzający alkoholem]. Bardzo rzeczywiste. Jasno zielone, miodowo słodkawe. Soczyste, jasne i młode. I  czuć w nim taką prawdziwą lipę. Zapach wydaje się sielski. Znajomy. W sumie dość często go czuję w różnych 'odmianach'. Mam cukierki lipowe i herbatkę lipową. Tyle, że w cukierkach słodycz zbyt mocno obciąża wątłe kwiatki, a herbata to sam susz. Ale ten charakterystyczny posmak jest ten sam.

Rozwinięcie, niestety, nie jest już tak piękne. Jest bardziej kwiatowe, 'ciemniej' zielone. Dalej jest to lipa, lecz czasami wychodzi z niej kwaskowa, stęchła nuta. Ale ważne, że cała historia toczy się dalej pod lipowym kwieciem i listowiem.

Co do trzeciej fazy-po prostu jej nie ma. Na mnie zapach szybciej umiera , niż więdnie :) Niestety, jak w przypadku wielu zapachów z Biblioteki Demeter, Linden trwałością nie grzeszy. A mimo to planuję zakup flakonika. Tyle, ze nie teraz, bo na zimę Lipa, przy swojej marnej trwałości i wątłych kwiatkach, niezbyt się nadaje. 

To 'namacalnie lipowe' otwarcie podoba mi się na tyle, że chyba kupię sobie ogromny flakon i co chwilę będę się dopsikiwać.



Opakowanie- w takich samych wariantach, jak pozostałe zapachy Demeter [15ml splash, 15ml spray, 30ml spray, 120ml spray]

Trwałość- ok. godzina

Gdzie pasuje- pasuje na wiosnę, lato i ciepłe jesienne dni. Zapach dzienny. 'Nieelegancki' :)

Komu pasuje- unisex

Ilustracje:

1) http://grandma-s.deviantart.com/art/bees-prefer-it-1-35669916?q=boost%3Apopular+tilia+tree&qo=41

2) http://bambaryllo.deviantart.com/art/linden-96319936?q=boost%3Apopular+linden&qo=6

3) http://suntiger745.deviantart.com/art/Up-close-and-personal-Linden-136118738?q=boost%3Apopular+linden&qo=122

środa, 17 listopada 2010

L'Artisan - Ambre Extreme

Czy wspominałam , że za każdym razem, kiedy mam przed sobą testy kolejnego zapachu ambrowego wzdycham, że ambra mnie już nudzi? Pewnie tak, ale na szczęście, co rusz trafia się jakieś cudeńko dla wielbicieli 'kaszalotowej wydzielinki' :)

Zapach otwiera złoto-pomarańczowy ogień tytułowej ambry okraszony gorzkimi, zmieszanymi przyprawami. Dość wyraźnie czuć kardamon , pieprz i suchą, sypką gałkę muszkatołową. Zapach jest wiercący w nosie, bardzo gorący i intensywny. Słodycz 'nuty głównej' w pierwszej fazie jest prawie zupełnie zamaskowana pikantnymi, gorzkimi przyprawami.

Rozwinięcie jest bardzo przyjemne. Jestem w stanie powiedzieć, że to jeden z najładniejszych zapachów L'Artisana [z którym, jak już pisałam, na ogól się nie rozumiemy]. Główny akord to oczywiście ambra-słodka, lepka, gęsta. Do niej dochodzi puchata, watowata, 'kokonowa' słodycz przytulnego trio - tonki, wanilii i paczuli. Paczula układa się tu dość podobnie jak w Patchouli M.Micallef. Jednak tym razem jest to tylko cień tamtej paczuli snujący się nad morzem ambry. Jak para unosząca się nad wulkaniczną lawą :) Zresztą porównanie ambry do lawy, w przypadku tego zapachu wydaje mi się uzasadnione, biorąc pod uwagę odczucia związane z poszczególnymi składnikami. Ambra,w połączeniu z tłustawym sandałowcem [który co jakiś czas powiewa na mnie indyjskim kadzidełkiem], jest  gęsta, spływająca powoli i leniwie. Przyprawy [w tej fazie jest to głównie kardamon. Z odrobiną pieprzu] dają wrażenie gorąca. Do tego dochodzi wspomniana paczula jako biały dym.
Całość układa się wizję ognistego, miotającego iskry potoku. Spływającego z góry powoli, lecz nieuchronnie. Buchającego ciepłem, obficie parującego.

Trzecia faza jest już bardziej zwyczajna. Ambra miesza się z piżmem i wanilią dając uczucie subtelnej słodyczy. Im bardziej zapach się wypala, tym mniej w nim ambry, a więcej piżma i wanilii.

Ambre Extreme należy to tych ambrowców, które można zaliczyć do bardziej zadziornych, zmysłowych unisexów. Niby nie mają 'swojej' płci, lecz dzięki zręcznie  uplecionej kompozycji łączącej nuty pikantne i słodkie, mogą podkreślić charakter obu płci. Ogólnie- podoba mi się, ale w tej kategorii dalej najbardziej kocham Ambre Fetische :)

Opakowanie- jak w przypadku każdego L'Artisana.

Trwałość- dość dobra, ale zapachy ambrowe przeważnie wytrzymują jednak dłużej.

Gdzie pasuje- zapach dobry na jesień i zimę. Może być stosowany zarówno jako zapach dzienny, jak i wieczorowy.

Komu pasuje- unisex

Nuty zapachowe:
nuta głowy: kardamon, gałka muszkatołowa, kwiat muszkatołowy, pieprz
nuta serca: drzewo sandałowca z Mysoru, paczula, róża turecka
nuta bazy: ambra, nuty piżmowe, bób tonka, wanilia

Ilustracje:

1) http://www.atelierwinckler.com/

2) http://majora28.deviantart.com/art/Lava-119930583?q=boost%3Apopular+lava&qo=75

3) http://88grzes.deviantart.com/art/Lava-Gargoyle-139836674?q=boost%3Apopular+lava&qo=69

4)http://www.petshopboxstudio.com/blog/2010/04/weekly-inspiration-16/

wtorek, 16 listopada 2010

Starszy oficer perfumowy. Mój mały pomocnik :)

Tym razem notka zupełnie prywatna [a co! w końcu to blog :P]. 

Oto mój ryży znawca i wielbiciel perfum :) 
Jak wiadomo, psy mają dużo wrażliwszy węch niż ludzie i nic dziwnego, że niektóre zapachy lubią bardziej, inne mniej [choć biorąc pod uwagę to, w czym mojemu włochatemu przyjacielowi zdażało się tażać, jego gust może być kontrowersyjny...ale zwalam winę na potrzebę kamuflażu :)].

Na swoje ulubione zapachy Basco [tak mu na imię] reaguje wyjątkowo żywo. Wyczuwa je z daleka, szuka miejsca spryskania i...stara się zlizać aromat. Niekoniecznie mnie to cieszy, ale przynajmniej znam jego gust. O dziwo jego 'ulubieńcy' nie są 'jadalni'. 

Jego TOP 3:
Na pierwszym miejscu jest Cuir Pleine Fleur [Fine Leather] Heeley'a  . 
Na drugim CdG Zagorsk ,
a na trzecim Ceremony Normy Kamali .
 dalej są niektóre ambry.

Ciekawe czy wszystkie psy lubią podobne zapachy, czy gust każdego osobnika jest indywidualny. W końcu są specjalne perfumy dla psów [nawet woda toaletowa dla szczeniaków o zapachu cukierków]. Z Basco nie próbowaliśmy i pewnie nie spróbujemy. Tym bardziej ,że on pewnie wolałby pachnieć Heeley'em :D

poniedziałek, 15 listopada 2010

Profumum Roma - Antico Caruso

Antico Carudo miało oddać klimat starego zakładu golibrody-ostrych brzytew, ciepłych ręczników, skórzanych foteli, pianek i mydeł. Zapach powinien być na wskroś męski. A po 'intencjach' twórców wywnioskowałam, że te perfumy Profumum Roma na pewno nie trafią w mój gust. Samo wyobrażenie zapachu skóry w towarzystwie mydeł i duszącej pary, sprawiało, że próbkę przekładałam coraz dalej w kolejce perfum 'do poznania'.
A gdy po raz pierwszy poczułam 'Antico',to aż sprawdziłam napis na próbce z pytaniem 'czy to na pewno to?!'. Byłam mile zaskoczona.

W rzeczywistości Antico Caruso nie jest zapachem typowo męskim. Nie kojarzy się również z chłodnym ostrzem brzytwy czy skórzanymi fotelami. Choć braku brzytwy trochę żałuję, to stwierdziwszy, że nie czuję skóry, odetchnęłam z ulgą :)
A jeśli ktoś na wzmiankę o golibrodzie myśli od razu o Sweeney Todd'dzie, to dodam tylko, że mógłby to być Todd z fragmentu 'There was a baber and his wife (...) [scena z Lucy i malutką Johanną. Wszystko skąpane w ciepłych, złotych promieniach słońca itd.]

Wracając do Antico Caruso -
Otwarcie  jest mocno cytrusowe. Intensywne, ożywiające, pobudzające zmysły. Jednak kompozycji nie zaliczyłabym do 'świeżaków' [mimo dużej dawki cytrusów]. Od samego początku jest w niej oleista słodycz.  Lepkość i gęstość, która kojarzy mi się z pielęgnującymi właściwościami olejków. Ta specyficzna 'tłustość' w połączeniu z cytrusami przywodzi mi na myśl glicerynowy krem do rąk [oczywiście perfumowany cytrusowo :)].

W rozwinięciu dalej czuję nuty cytrusowe. Zapach robi się nieco pudrowy. Słodszy, zmysłowy i relaksujący. Chwilami kojarzy mi się z dobrym mydłem. Całość sprawia wrażenie czystości, miękkości i luksusu. Nie takiego 'luksusu od święta', a codziennej czynności, która daje poczucie komfortu i wprawia w dobry humor od samego rana. Zabiegów wykonywanych z  przyjemnością. Powoli i dokładnie. Jak długi relaksujący masaż z użyciem wonnych olejków [w przypadku tych perfum skojarzenia związane z masażem są  u mnie bardzo silne].

Trzecia faza pachnie mniej żywo. Wietrzeje część cytrusów. Zostaje puder i olejek, któremu teraz towarzyszy ładny, 'gęsty' sandałowiec. Kompozycja staje się mniej energetyczna, lecz  pozostaje przyjemna.

Zapach niewiele się rozwija. Przejście z drugiej do trzeciej fazy jest płynne i w sumie ciężko określić gdzie zaczyna się trzecia faza, a kończy druga.

Antico Caruso podoba mi się. Nie na tyle,żeby kupić sobie cały flakon, ale przyznaję, że to dobre perfumy. Tym bardziej rosną w moich oczach, że jest to zapach adresowany głównie do mężczyzn. A w porównaniu z większością męskich perfum, 'Antico' wydaje się tak radosne i optymistycznie ciepłe :)

Opakowanie-  ładny, klasyczny flakon w raczej męskiej stylizacji.

Trwałość - dość dobra [ale 'nie powala']

Gdzie pasuje - zapach dość uniwersalny, jeśli chodzi o porę roku i pogodę. Dzienny.

Komu pasuje- ze względu na 'inspirację' [golibrodę :> ] perfumy są określane jako męskie . Jednak ja bym powtórzyła za 'luckyscentem', że to 100% unisex ;)

Nuty zapachowe:
cytrusy, migdały, drewno sandałowe

Ilustracje:

http://aguaplano.deviantart.com/art/the-barber-57701979?q=boost%3Apopular+barber&qo=1

http://bao.cgsociety.org/gallery/526275/

http://www.felt.co.nz/browse/listing/1467/MANAIA---Lavender-Massage-Oil---100ml

http://getadviced.com/bath-with-oil-masaage-week-days-daily/

sobota, 13 listopada 2010

L'Artisan - Fou d' Absinthe


Fou d' Absinthe to zapach L'artisana reklamowany podobnie do Absinthe Nasomatto. Czyli jako dziki, doprowadzający do szaleństwa itd., itp. Tak na prawdę zapachy są zupełnie różne i ta cała narkotyczna moc dawkowana jest w różnych ilościach. 
Tak jak absynt można pić czysty, lub rozcieńczony. Choć oczywiście spożywanie czystego, bardzo wysokoprocentowego [tak gdzieś do 75%] alkoholu jest ryzykowne. Zarówno dla głowy, wątroby, jak i gardła [są metody na picie tak mocnych alkoholi. Trzeba łykać je z powietrzem ,żeby choć trochę uchronić biedny przełyk :) ]. W tym porównaniu Fou d' Absinthe jest tym rozcieńczonym absyntem. Do tego bez podpalonej kostki cukru. A, biorąc pod uwagę opisy producenta, nie o to chodziło. 

W pierwszej fazie czujemy zielsko, igliwie i czarny pieprz [czyżby to jedna z tych czterech, enigmatycznych, chińskich przypraw? :)].Zapach jest raczej męski, niezbyt szalony i niestety, mało intensywny. Właściwie tylko na początku mocno go czuć. Potem wszystko przycicha.

Rozwinięcie przynosi nam powiew anyżu. Reszta kompozycji, jeśli chodzi o skład, pozostaje prawie niezmienna. Inaczej jednak rozkłada się siła poszczególnych składników. Pieprzno-przyprawowa nuta zaczyna przeważać nad akordami zielonymi. Bardziej intensywne za to stają się wonie leśne. Ładnie wybija się sosna i jodła czyniąc z kompozycji perfumy pachnące lasem i gorzkawymi przyprawami. Nie jest źle ,ale przecież miało to być 'oszołamiający' absynt! Oczywiście jakaś tam, piołunowa nutka zostaje,ale zbyt subtelna, żeby wybić się ponad pozostałe składniki. I dlatego prędzej przyrównałabym zapach do gin'u, niż 'Zielonej Wróżki'.

Baza perfum to już w ogóle oaza zielonej łagodności i spokoju [taaa...miało być szaleństwo]. Na mojej skórze przeplatają się tu nuty balsamicznej jodły, z odrobiną zielonej paczuli i 'gasnącymi',rozcieńczonymi przyprawami. Całość jest delikatna, wytrawna i lekko ziołowa.

Niestety muszę stwierdzić ,że znam zapachy dużo bardziej dzikie i ciekawsze niż Fou d' Absinthe. Ta kompozycja nie budzi we mnie skojarzeń ani z Zielonymi Wróżkami, ani 'rytuałem absyntowym'. Zapach jest spokojny i nijaki. Do tego 'bliskoskórny' i mało intensywny. Jestem zawiedziona. Kompozycja Nasomatto miała w sobie niepokój i ziołową gorycz. Tu jest gin w lesie. Czyli nie to czego się spodziewałam. Nie to czego chciałam.

Opakowanie- jak każde u L'Artisana

Trwałość - ok. 4-5 godzin. Tyle, że po jakiejś godzinie perfumy czuć tylko z bardzo bliska :)

Gdzie pasuje- zapach na wiosnę i jesień. Nie wyobrażam sobie używania czegoś równie mało intensywnego zimą. Perfumy pasują na co dzień. Niezbyt nadają się na eleganckie uroczystości czy  romantyczne wieczory.

Komu pasuje- zapach męski używany również przez kobiety.

Nuty zapachowe:
nuta głowy: Frosted Spirits, absynt, arcydzięgiel, pąki czarnej porzeczki
nuta serca: anyż gwiaździsty, cztery Chińskie przyprawy, paczula
nuta bazy: sosna, Helianthemum(posłonek), jodła balsamiczna 

Ilustracje:
1) http://gennady.deviantart.com/
2) http://sussi1.cgsociety.org/gallery/655110/

środa, 10 listopada 2010

Nasomatto - Absinthe

'Zapach dzikości. Zakazany składnik. Wywołuje histerię. Kryje się za nim chęć pobudzenia do nierozsądnych zachowań.'. Tak Nasomatto reklamuje swój zapach. I mimo że perfumy mi się spodobały, opis producenta nie do końca pasuje.

W pierwszej fazie Absinthe jest ostre, cierpkie i zielone. Piołun okraszono sporą garścią innych chwastów. Jego gorycz miesza się z kwaśnawymi, zielonymi sokami. Przeplata z podeschniętymi, dziko puszczonymi łodygami. Zapach jest zupełnie nie elegancki- raczej buntowniczy, nie dający zamknąć się w słowie 'perfumy'. Cierpki, nieatrakcyjny, nie naznaczony atrybutem żadnej z płci.

W rozwinięciu zapach łagodnieje. Pojawia się dość wyraźna nuta wetiweru i [moim zdaniem] suszone liście zielonej herbaty. Zapach dalej jest oryginalny, ale stracił część swej agresywnej aury i bezczelną, paskudną gorycz. Stał się bardziej nadający się do noszenia, choć wciąż uznaję go za perfumy 'trudne'. Szczególnie jeśli 'nosicielem' jest kobieta.

Po pewnym czasie ostre zioła zupełnie znikają. Zostaje kwaskowa mieszanka wetiweru, herbaty i piołunu [w dość niewielkim stężeniu]. Wydaje mi się, że czuję również zielony tytoń.
I faza ta byłaby niezbyt ciekawa, gdyby nie leciutka nutka wanilii snująca się jak mały robak pod liśćmi piołunu. Ta odrobinka słodyczy łagodzi pozostałe nuty, które odarte z goryczy i pozbawione życiodajnych soków stałyby się nijakie.

Absinthe Nasomatte nie kojarzy mi się z zielonymi wróżkami, czy piołunowymi zorzami polarnymi mglącymi spojrzenie artysty. Swoją drogą - podobno działanie 'schizogenne' i halucynogenne spowodowane było tym ,że tani absynt - najczęściej wybierany przez nieśmierdzących groszem [a gorzałą] artystów - barwiony był tlenkiem miedzi.A ten mógł uszkadzać mózg i wywoływał specyficzne działanie zielonego trunku. Podobno gdyby ktoś chciał doczekać się halucynogennego działania piołunówki [bez tlenku miedzi],prędzej zszedłby na skutek przedawkowania alkoholu, niż zobaczył mityczne stwory :)

Za to Absinthe Nasomatto  przechodzi pełną drogę 'przez mękę' nieszczęśnika, który poskąpił na droższą miksturę do przywoływania zielonych wróżek :)

W pierwszej fazie absynt jest trujący. 
Barwiony tlenkiem miedzi, rzucający się na mózg. Rodzący szaleństwo. Ukrywający się w zmierzwionych włosach, wystający zza rozpiętego żabotu koszuli. 
Przynosi niebezpieczne wizje, strach i wrogość. Nadaje rytmu drganiom dłoni. Dyktuje sercu zbyt szybki takt.

Druga faza to paranoja. 
Cień skryty w rogu pokoju. Nerwowy uśmiech na ustach. Uderzanie palców o blat stołu.
Rozbiegane oczy, powiększone źrenice, w których odbija się do połowy pusty kieliszek. I cicho wyszeptane 'więcej'.

Trzecia faza jest kresem sił.
Opadnięciem zwiotczałego ciała na sofę. Posmakiem skarmelizowanego cukru w ustach. Nieruchomym spojrzeniem przymkniętych oczu. 
Jest powolnym oddechem , chorą bladością, cichym majaczeniem.
I dopiero w tej fazie, oczom 'opętanego' objawia się mała wróżka- w porwanej sukieneczce,z połamanym skrzydełkiem, bez różczki. 
Słodko się uśmiechnie i zniknie. Zabierając ze sobą resztę energii i weny biednego artysty.

Ta wersja absyntu zdecydowanie ma swój chory urok. Niby przez pierwsze dwie fazy jest raczej...brzydki, ale i tak mnie pociąga :) Tym bardziej ,że z zapachów o tematyce 'absyntowej' to pierwsze perfumy, które rzeczywiście kojarzą się z narkotycznym działaniem trunku [pomijam tu Jade Durbano, które z .magiczną piołunówką mi się kojarzy, lecz nie taki był zamysł twórcy]. 

Opakowanie- bardzo podobają mi się flakony Nasomatto. Jak już pisałam przy okazji recenzji Black Afgano, podoba mi się nawet wielki, totalnie niepraktyczny 'koras' :)

Trwałość- niestety, średnia. Miałam nadzieję, że Absynt będzie miał tak wielką wolę życia jak Czarny Afgan, lecz trochę się rozczarowałam. Po 3 godzinach zapach snuje się blisko skóry. Po jakiś 5ciu nic już nie czuć.

Gdzie pasuje- na nieoficjalne okazje. W związku z jego 'bliskoskórnością' i średnią trwałością, najlepiej używać go w od wiosny do jesieni.

Komu pasuje- unisex.

Nuty zapachowe: 
[ujawniona jest tylko część składu]
piołun, zioła, wetiwer

Ilustracje:
1)http://sztyh.cgsociety.org/gallery/759370/

2)http://alyfell.cgsociety.org/gallery/788551/

3)http://browse.deviantart.com/?qh=&section=&global=1&q=madness#/d29cngm

4)http://fantasio.cgsociety.org/gallery/828301/

5)http://navate.cgsociety.org/gallery/597903/

6)http://digitalpaint.cgsociety.org/gallery/319831/

7)http://fantasio.cgsociety.org/gallery/212941/

Kings & Queens - Nefretete Honey [masło do ciała]

Kolejne mleczko marki Kings & Queens - Nefretete Honey było dla mnie dość problematyczne. A to dlatego, że sama nie wiem jak mi 'leży' jego zapach. 

Czytając nazwę spodziewałam się czegoś bardziej w stylu 'mleko z miodem'-słodkiego, rozpływającego się po skórze, kojarzącego się z rozkoszą, ukojeniem i naturalnością...
A jak to pachnie? 
W sumie rzeczywiście miodem. Tyle, że jeszcze w ulu. Czyli lekko chropowato, naturalnie, ale mało słodko. Zapach jest przesiąkający w skórę i łączący się z jej 'unikalnym' aromatem. Dziwny i niekojarzący się z żadną z płci. To na pewno nie jest słodki płyn w 'misiu' [ taki do kanapek :) ], ani złoty dodatek pływający w kubku mleka. Ten miód jest jakby nie do końca obrobiony. Krystalizujący się. Drapiący. A mimo wszystko wąchanie go sprawia mi pewną przyjemność. 

Co do właściwości samego kosmetyku:

Nawilżanie- bardzo dobre.

Konsystencja- masło trochę ciężko się rozprowadza i zostawia na skórze tłusty film. Ale zimą nawet lubię być tak trochę 'tłusta' :D Za to na lato chyba 'odpada'

Opakowanie- jak każde mleczko z tej serii.

Z jakimi perfumami ładnie współgra-według mnie będzie idealnym podłożem dla Chene Serge'a Lutensa. Poza tym dobrze mu będzie z zapachami leśnymi. 'Widzę' go z 'Fille' Lutensa i 'L'Eau Trois' Diptyque. Poza tym przychodzi mi do głowy jeszcze 'Cuir Venenum' PG,ale to połączenie wolałabym najpierw sprawdzić w praktyce ;)  

Ilustracja:
http://www.topit.me/item/1198104

czwartek, 4 listopada 2010

Amouage - Lyric Man

Kolejna odsłona kwiatu róży. Tym razem marka Amouage zaprezentowała różany zapach skierowany do panów [ przy okazji 'Złodzieja Róż' skarżyłam się, że mężczyźni rzadko wybierają perfumy z nutą kwiatową w sercu... teraz już mają 'własną' różę i może któryś z czytelników się na nią skusi].

Tak jak podobał mi się Lyric Woman, tak wersją męską się zachwycam. 
Lyric Man od początku pachnie różą. Dosyć ciężką, bardzo ciemną. W pierwszej fazie lekko kwaskową. Później mroczną, niebezpieczną, o stalowych kolcach i ognistym sercu.

Rozwinięcie zapachu jest po prostu przepiękne! W jego centrum kwitnie róża i zdecydowanie to ona tu króluje. Jednak kadzidlana mgła otulająca płatki nadaje jej niepowtarzalnego charakteru. Już nie szlachetnej kobiecości, czy klasycznej, damskiej elegancji. Tym razem tajemniczości i siły. Umiejętnie splecione akordy zmieniają odbiór kwiatowej nuty.

Atmosfera zapachu [mimo owej tajemniczości i ciemności] jest ciepła. Wręcz gorąca. Zapach tli się wewnętrznym żarem. Pulsuje dość wyraźnym , ostrym imbirem , bucha ogniem podsycanym przez męskie, nieco orientalne nuty drzewne. Lyric jest jednocześnie drzewny, pikantny i kadzidlany. I najśmieszniejsze w tym zapachu jest to, że mimo, że róża jest głównym składnikiem , to ostatnią [z możliwych przy tym składzie] grup, do których przyporządkowałabym te perfumy, jest grupa kwiatowa. 
Trzecia faza zapachu kusi pięknym, ciepłym drewnem, kadzidlanym dymem i odrobiną róży. Całość została tylko złagodzona wanilią - tzn. nie czuć aromatu tej słodkiej przyprawy, a tylko miękkość, którą przekazuje kompozycji.

A do jakiego pana pasuje Liryc Man? Gorącego i pewnego siebie :) Ubranego w czarną koszulę [jak ja lubię czarne koszule.... :) ]. Patrzącego prosto w oczy, nonszalancko się uśmiechającego. Nie 'idealnie' pięknego, lecz intrygującego nawet wadami....i lepiej tu przerwę , bo jak się rozkręcę, to przed wejściem na tą stronę, trzeba będzie nacisnąć 'tak, mam skończone 18 lat i chcę wejść' :D
 
Opakowanie- pasujący do zapachu, elegancki ciemnoczerwony flakon. Nie miałam okazji oglądać go ' na żywo', ale na zdjęciach [nie tylko promocyjnych' wygląda na nietandetny i ładnie zrobiony. 

Trwałość - dobra do bardzo dobrej :) [jak użyłam go wieczorem jednego dnia,to we włosach pozostał bardzo intensywny do następnego popołudnia (tak-lubię się wyspać :D )]

Gdzie pasuje - na mężczyźnie mogłabym wdychać go pewnie non stop :) [szkoda, że żadnego pachnącego tym nie znam :P]. Dla kobiety bardziej pasuje na wieczór.

Komu pasuje- zapach męski...ale ja go po dobroci panom nie oddam. Dlatego napiszę, że unisex [a tak serio , to ze względu na różę w sercu, dla pań też się nadaje].

Nuty zapachowe:
nuta głowy: bergamotka, limonka
nuta serca: róża damasceńska, arcydzięgiel, imbir, kwiat pomarańczy, gałka muszkatołowa, szafran, zielone galbanum
nuta bazy: kadzidło, sosna, sandałowiec, piżmo, wanilia 

Ilustracje:
 1) http://mayhem.pinger.pl/m/1069295

2) http://www.heathheathens.net/forum/lofiversion/index.php/t4749.html

3) http://southern4life.blogspot.com/2009/02/friday-13th-movie-remix-was-day-late.html

4) http://www.fanpop.com/spots/johnny-depp/images/4511364/title/johnny-depp-black-white-photo

Parfum d'Empire - Aziyade

Aziyade miało być esencją seksu. Magiczną mieszaniną afrodyzjaków z różnych kultur. Zapachem o prawie magicznej sile przyciągania. Najbardziej prowokującym w historii. W jego skład wchodzą m.in: 

owoc granatu - był dla starożytnych Egipcjan i mieszkańców Bliskiego Wschodu symbolem płodności. Według Greków miał powstać z krwi Dionizosa [znanego z rozpusty, lekkiego prowadzenia i niezłych imprez]

cynamon z Cejlonu - był w starożytnym Rzymie używany podczas erotycznych schadzek [swoją drogą ciekawe jak go stosowali :P ]

egipski kminek - w imperium sumeryjskim używano go w obrzędach 'świętego nierządu' [cóż...interesujące święto :D ]

korzeń imbiru -pobudzał Chińczyków [biorąc pod uwagę ich liczebność to chyba środek godny zaufania :P]

niedojrzała paczula - indyjski afrodyzjak. Ma dodawać siły i energii.

wanilia-uwielbiana przez Azteków

chleb świętojański i krople żywicy kadzidlanej -ich zapach budował 'atmosferę' w orientalnych haremach

Tytułowa bohaterka perfum - Aziyade jest jest bohaterką powieści Pierra Loti'ego, która opowiada o życiu w haremie u zmierzchu imperium otomańskiego...czyli mamy kolejny podtekst.

Nie da się ukryć ,że zapowiedź zapachu kusi na wszelkie możliwe sposoby. Zbudowano mu tak erotyczne zaplecze, że założę się, że większość pań chciałaby przetestować działanie tego specyfiku na sobie :) Ja jednak nie dałam mu się uwieść...ale na próbkę się skusiłam :P


Otwarcie zapachu wyjątkowo mi się nie podoba. Kojarzy mi się z pralinkami kiepskiej jakości. Nuty układają  się w czekoladkę z owocowym nadzieniem i alkoholem.Chwilę później czuję słodkie, suszone śliwki i trochę sztuczną słodycz daktyli.

Gdy zapach zaczyna dojrzewać, ze środka wychodzi wibrująca, odświeżająca nuta. Imbir z odrobiną cytrusowego soku. Dalej jednak zapach jest bardzo słodki. Temperatury słodyczy dodaje cynamon, a kadzidło zagęszcza atmosferę. Brzmi to nawet interesująco, ale pachnie jak dla mnie średnio. Całość jest bardzo gęsta, zawiesista i 'przesładzająca' od 'przerobionych' owoców. Struktura zapachu wydaje mi się tak zbita, że pod tą masą intensywnych składników prawie nie da się oddychać.

W trzeciej fazie zaczyna dawać o sobie znać piżmo. Do tego kompozycja nieco się 'przewietrza' i robi się znośna. Bardziej miękka, lejąca i żywsza. Niestety, dalej czuję jednak tą dziwną, kandyzowano-pralinkową nutę, która psuje mi odbiór każdej fazy.

Aziyade miało być afrodyzjakiem. Jadnak, tak jak pisałam wcześniej, do mnie jakoś nie przemawia. 
Pragnę zauważyć, że 'starożytni' stosowali poszczególne nuty tych perfum oddzielnie...i osobno bardzo lubię i cynamon, i imbir, i większość innych składników. Jednak wrzucone razem, do jednego gara i wymieszane, stworzyły maź zbyt gęstą. Lepką, leniwie i powoli skapującą z łyżki. Zbyt intensywną i bardziej odurzającą, niż pobudzającą.  
Poza tym mam wrażenie ,że twórca perfum po prostu sporządził listę afrodyzjaków' i 'na siłę' je wymieszał. Na pewno nie jest to 'najbardziej prowokujący zapach w historii'. Do tego brakuje mu drapieżności, zadziorności i płynnych kocich ruchów. Przyrównałabym go raczej do tęgiej kurtyzany [jak już producent narzuca takie skojarzenia :) ] wylegującej się na sofie. Mało powabnej, znudzonej, przewracającej oczami.

Mocną stroną perfum jest dla mnie pulsujący imbir i ostrość, która pojawia się tylko chwilami w trakcie trwania drugiej fazy. Poza tym zapach jest trwały-za to  plus.
Minusem jest dla mnie nadmiar słodyczy i kuchenne skojarzenia. Jakoś suszone śliwki i daktyle w takich ilościach kojarzą mi się z konfiturami ,albo stoiskami z suszonymi owocami. Nie z erotyzmem, który z takim przekonaniem wmawia mi producent. Do tego w kompozycji brakuje życia. Wigoru. Tej energii i siły.  Spazmów, westchnień i krzyków...W skrócie- bez orgazmu :)

Opakowanie- ładny, smukły flakonik charakterystyczny dla marki.

Trwałość- dobra

Gdzie pasuje- na jesień i zimę. 

Komu pasuje- zapach damski

Nuty zapachowe:
nuta głowy: granat, kandyzowane daktyle, migdały, pomarańcze, suszone śliwki
nuta serca: cynamon, kminek, imbir
nuta bazy: paczula, wanilia, żywice, piżmo, czystek marokański 

Ilustracje:

1) http://izabella.deviantart.com/art/Ursula-169541588?q=boost%3Apopular+ursula&qo=3

2) http://daekazu.deviantart.com/art/Madame-La-Kukuruku-27159131?q=boost%3Apopular+madame&qo=23

3) http://chloec.deviantart.com/art/Cute-chubby-disrobing-lady-66915684?q=boost%3Apopular+chubby+lady&qo=16

środa, 3 listopada 2010

L'Artisan Parfumeur - Voleur de Roses


Perfumy inspirowane były zapachem różanego ogrodu tuż po burzy. Miejsca zapomnianego, zaniedbanego i kryjącego swoje sekrety. Zapach intrygować ma grudkami ciemnej ziemni, mokrymi płatkami kwiatów i rozmytą, tajemniczą mgłą. Do tego ta nazwa! 'Złodziej róż'.

Inspiracja piękna i bardzo kusząca [na mój gust :P]. Obietnica poburzowego powietrza, roślinnej dziczy i róży w 'nieuporządkowanym' wydaniu skusiła mnie na testy. 
I tak jak rzadko znajdujemy z L'Artisanem wspólny język, tak tym razem muszę mu przyznać, że wraz z Michelem Almairac'iem stworzyli zapach ciekawy [jak na różaną kompozycję].

Większość perfum różanych odrzuca kandyzowaną słodyczą lub pudrem osypującym się z płatków. Te bardziej wytrawne najczęściej zawieją Bułgarią [tzn. charakterystyczną różą bułgarską] i w swej powtarzalności są już nudne. 

Róża L'artisana to potwora najeżona ostrymi kolcami. Ubabrana błotem, poszarpana wiatrem, nadżarta przez mszyce. O grubym, zdrewniałym pniu i herbacianych płatkach. To nie jest symboliczna, czerwona różyczka mówiąca 'kocham Cię', czy klasyczna, bordowa piękność zachwycająca aksamitnością kwiatu. Róże z Voleur de Roses są żółte, herbaciane i łososiowe. Nieszablonowe, nie szepczące słodkich wyznań. 

Otwarcie zapachu jest dziwne. Nieładne. Różane, lecz  kwaśne.Zbrudzone ziemistą paczulą, odymione wędzoną śliwką. Tak na prawdę nie przypomina na początku zapachu o róży w sercu. Bardziej kompozycję ziołowo-kwiatową.


Rozwinięcie 'kwitnie' zdziczałymi, kwaskowymi różami. Mało eleganckimi, bezpardonowo walczącymi o przestrzeń z chwastami. Gdzieś w tle, dalej czuć zawiesistą, zielonkawą [nie otulającą, lecz i niestęchłą] paczulę. Śliwki z formy wędzonej przechodzą w raczej suszoną. Tylko troszkę słodką. Niepudrową. 
W tej fazie bezapelacyjnie jest to zapach RÓŻANY .

W drugiej fazie róże w tajemniczym ogrodzie już wyschły. Grudki błota poodpadały ukazując zieleń, ostrych , ząbkowanych liści. Róża zaczyna być podobna do swych szlachetnych krewniaczek, jednak od razu widać/czuć, że nie jest tak 'rasowa' jak one. Mimo to - piękna.

Główną wadą zapachu jest dla mnie trwałość. Jakoś w ogóle nie mam szczęścia do perfum L'Artisana, bo jak już zapach mi się spodoba, to trwa na tyle krótko, że nie opłaca mi się kupować perfum, albo jest na tyle słaby, że czuć go byłoby tylko z nosem przy skórze.

Pewnie nie kupię sobie flakonika 'Złodzieja Róż', ale jako 'dzieło perfumiarskie' go cenię. Jest niesztampowy i ma w sobie dzikość rzadką dla perfum kwiatowych. Chyba nawet dam mu się skusić na następne testy, z naiwną nadzieją, że gdy będzie cieplej, Voleur będzie bardziej ze mnie parował.

Opakowanie- jak wszystkie flakony L'Artisana

Trwałość- kiepska [ze 3-4 godziny]

Gdzie pasuje - zapach na co dzień. Wiosenno-letnio-jesienny :)

Komu pasuje - perfumy raczej damskie [ale teoretycznie  unisex...tyle, że panowie tak rzadko wybierają perfumy różane :)]

Nuty zapachowe: 
bergamotka, róża, paczula, śliwka. 

Ilustracje :

1) http://luciole.deviantart.com/art/The-Rose-Eater-136399260

2) nie znam autora

3) http://browse.deviantart.com/?q=dirt%20rose*&order=9&offset=216#/d30znmx